Polska nawet nie mistrzem Polski, czyli dlaczego ciągle mamy kompleksy i jak to niszczy rodzimy rynek sztuki

Przewodnik cz.6. Polska (nawet nie) mistrzem Polski, czyli dlaczego ciągle mamy kompleksy i jak to niszczy rodzimy rynek sztuki.

Ostatnie trzydzieści lat okazało się być zbyt krótkim okresem czasu, by zaleczyć wszystkie kompleksy Polaków względem wspaniałego Zachodu. Ich źródłem była całkiem uzasadniona fascynacja wszystkim, co zagraniczne i markowe. W czasach PRL-u oznaczało to niemal z automatu lepszą jakość, a pogląd ten z rozmachem przeciągnął się aż do obecnych czasów. Wakacje all inclusive w Egipcie cieszą się niesłabnącą popularnością, piękna mirostowicka ceramika czy genialnie zaprojektowane ząbkowickie szkło ląduje na śmietnikach, by ustąpić miejsca produktom pochodzącym od szwedzkiego giganta (które są projektowo niezłe, ale brakuje w nich magii i tożsamości). Nowe pokolenie, nieobarczone tym stygmatem, przełamuje utarte schematy. Rodos zamieniają na Rodzinne Ogródki Działkowe lub ciekawy koncept agroturystyczny na Pojezierzu Kaszubskim, w murach którego właśnie piszę tę publikację. Jeszcze piękniejszym zjawiskiem wydaje się być polowanie trwające na miejskich śmietnikach, którego celem jest ocalenie dorobku polskiej sztuki użytkowej, której urok jest najwidoczniej niewidoczny dla nabywców nieruchomości w obszarach blokowisk z wielkiej płyty.

Nie inaczej ma się sytuacja, jeżeli chodzi o polski rynek sztuki, w szczególności tej aktualnej. Duża część osób należących do mojego kręgu z niezrozumiałym dla mnie zachwytem pokazuje mi prace zagranicznych twórców, opatrując je komentarzem w stylu: „Ale sztos obraz, mega bym chciał go mieć”, albo: „Nie no ten artysta robi mega karierę. Na insta obserwuje go 10 mln followersów” – pisownia oryginalna ;-). Spieszę z wyjaśnieniem. Nie nie są to zdjęcia prac z MoMA, Biennale w Wenecji czy nawet Galerii Saatchi, a grafomańskie, puste w środku skorupy wyniesione na piedestał za pomocą lajków i sponsorowanych postów, które mają zrodzić uczucie elitarności i luksusu. Kluczowym czynnikiem wydaje się być sztucznie stwarzane wrażenie ogólnoświatowej sławy i prestiżowa lokalizacja twórcy, taka jak np. Los Angeles czy Singapur.

Kolejny proceder, który jest chyba jeszcze powszechniejszy, to zadawanie w kółko tych samych męczących pytań dotyczących zagranicznych wystaw i targów. Na świecie liczy się obecnie może ze sto galerii prywatnych, połowa tego instytucji państwowych i raptem kilka imprez targowych. Polscy artyści trafiają tam niezwykle rzadko, a i tak giną w tłumie mocniej wypromowanych zagranicznych nazwisk. Jeśli nie osiągniemy wcześniej mocnej i stabilnej pozycji jako rynek sztuki współczesnej, ta sytuacja nie ulegnie zmianie, a my pozostaniemy jedynie incydentalną ciekawostką. Zorganizowanie wystawy w egzotycznym hotelu, londyńskim pubie czy nowojorskiej piwnicy jest działaniem askutecznym, chyba że celem jest zbudowanie PR-u na rodzimy rynek. Wreszcie będzie można odpowiedzieć na pytanie znajomego, który ukojony uzyskaną informacją będzie rozmyślał o naszych zagranicznych podbojach, podczas gdy tak naprawdę Polska nie stała się jeszcze nawet mistrzem Polski.

Fakty są takie, że w USA sprzedaje się amerykańska sztuka, Brytyjczycy kupują Brytyjczyków, a Niemcy Niemców. Dopiero kiedy wraz ze wzrostem rynku wyczerpują się zasoby dostępnych ciekawych artystów lub zbiory stają się międzynarodowe, oczy kolekcjonerów spoglądają poza granice ich państw, ale najczęściej w stronę innych, silnych ośrodków sztuki współczesnej. W naszym najlepszym interesie jest więc wspieranie lokalnej twórczości, która ma ogromny i ciągle jeszcze niewykorzystany potencjał.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.