Słoń w pokoju, czyli czym jest sztuka i dlaczego wszyscy niepotrzebnie się jej boją

Przewodnik cz.2. Słoń w pokoju, czyli czym jest sztuka i dlaczego wszyscy niepotrzebnie się jej boją?

Zaczerpnięte z języka angielskiego określenie „Słoń w pokoju”, użyte w podtytule pierwszego rozdziału, dotyczy dużej kwestii, która często jest równocześnie pomijanym z wygody tematem tabu. Gdyby płacono mi za każdym razem, gdy usłyszałem stwierdzenie „ale ja się nie znam na sztuce”, pisałbym tę książkę ze swojej prywatnej wyspy. Obserwując od pewnego czasu setki, jeśli nie tysiące takich przypadków, postanowiłem poszukać korzeni tego typu sposobu myślenia.

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że za obecny stan rzeczy odpowiedzialne jest systemowe zignorowanie sztuki, a szerzej kultury, przez państwowy system edukacji. Kto kończył publiczną szkołę w Polsce wie, że przedmioty, takie jak plastyka i muzyka, rezydują obok (o zgrozo!) podstaw przedsiębiorczości na samym dnie skali szkolnych priorytetów. Sytuację ratują nauczyciele z pasją, którzy jednak w obrębie skostniałego systemu i obecnej narracji mogą tak naprawdę niewiele.

Co więc z finansowanymi z podatków instytucjami odpowiedzialnymi za promowanie sztuki współczesnej? Tu zaczynają się schody. Program kuratorski jest zróżnicowany pod kątem jakości, aczkolwiek istnieje czynnik przejawiający się w niemalże wszystkich podejmowanych przez te instytucje działaniach. Jest to, niestety, oderwanie od rzeczywistości, w której funkcjonują. W Polsce jasno można zdiagnozować estetyczny analfabetyzm, więc największym grzechem wydaje się być zignorowanie tego, jaką istotną kwestią jest praca u podstaw. Stwierdzając taki stan rzeczy, instytucje fundują niepiśmiennym artystycznie ludziom odpowiednik dyskusji pomiędzy Platonem a Arystotelesem. Co się może nie udać? Jestem w stanie zrozumieć potrzebę tworzenia ambitnych kuratorsko projektów, uważam jednak, że najistotniejszą kwestią jest to, by nauczyć jak najszersze grono Polaków czytać sztukę chociaż w podstawowym wymiarze.

To jednak nie wystarczy. Większość prywatnych galerii sztuki współczesnej zlokalizowana jest w Warszawie. Taki stan rzeczy może z początku nie dziwić, ale ostatecznie przyczynia się do tworzenia estetycznych pustyni, gdzie ludzie nie posiadają dostępu do przyzwoitej sztuki, w tym również tej na sprzedaż. Chęć zarobienia pieniędzy motywuje galerie (te poważne) do edukowania swoich kolekcjonerów, przejmując część ciężaru, który spoczywa obecnie niemal wyłącznie na instytucjonalnych galeriach i muzeach. Stwarza to klasyczny paradoks, zadający pytanie, co było najpierw – kura czy jajko? W tym wypadku jest to pytanie, czy nie ma prywatnych galerii sztuki współczesnej w regionie, bo nie ma zapotrzebowania na nie, czy też nie ma zapotrzebowania, bo nie istnieją takowe galerie? Ja osobiście skłaniałbym się ku drugiej opcji.

Odkładając na chwilę kwestie konstrukcji rynku na bok (ten temat będzie jeszcze powracał na kartach publikacji), skupmy się na sztuce jako samym zjawisku. Czym ona właściwie jest, a czym raczej nie. Nie zgadzam się ze stwierdzeniami, że wszystko może nią być lub że wszystko nią dzisiaj jest. Zacząłbym od tego, że jest to uniwersalna forma manifestacji człowieczeństwa. Zastanówmy się przez chwilę nad tym, co tak naprawdę odróżnia nas od zwierząt? Świadomość naszego istnienia połączona z umiejętnością przekazywania złożonych idei za pomocą różnych środków wzajemnej komunikacji. Tym jest właśnie dla mnie sztuka. W sumie to jest czymś więcej. To również forma zapisu emocji i doświadczeń, które są efemeryczne lub wielowymiarowe, więc taki powinien być również ich język zapisu. Wspomniany aspekt jest bardzo mocnym argumentem, dlaczego jej współczesna odmiana korzysta z rozszerzonego repertuaru środków wyrazu, takich jak wideo-art, instalacja czy performance. W konwencjonalnym podejściu, takim jak malarstwo czy rzeźba, ten sam efekt uzyskiwany jest za pomocą skrótu myślowego, operowania znakiem czy też symbolami. Aspektem nie bez znaczenia (przynajmniej dla mnie) jest jej wymiar estetyczny, który w połączaniu z wcześniej wspomnianymi elementami buduje piękno dające poczucie obcowania z absolutem.

Poprzedni fragment wyjaśnił nam już to, czym jest sztuka, ale być może nie odpowiedział w wystarczającym zakresie na pytanie: „Po co ona właściwie istnieje?” Pytanie to zadał mi kilka lat temu pewien miliarder, którego podziwiam za aspekt biznesowy i reprezentowaną przez niego filozofię ekonomiczną. Pamiętam jednak, że w tamtym czasie byłem zniesmaczony tym pytaniem. Teraz myślę, że niesłusznie. Sztuka buduje nas na przestrzeni wielu wymiarów, zarówno jako jednostki, jak i całe społeczeństwa. Pokazuje nam to co, w nas najlepsze, i piętnuje to, co najgorsze, dokumentując codzienne zmagania i przemyślenia ludzkości. Szuka wartości w miejscach, gdzie jej z pozoru nie ma, redefiniując obszar, w jakim rozpatrujemy piękno. Uczy nas wrażliwości, empatii i ostatnio popularnej (nie tylko w kręgach hippisowsko-jogowych) uważności. Jest to też jedyna znana mi forma nieśmiertelności, ponieważ dobry artysta zostawia w dobrym dziele kawałek swojej duszy. Wdawałoby się, że to ezoteryczne mambo dżambo, ale osoby, które spędzą kilka lat na obcowaniu ze sztuką współczesną, poznają znaczenie tego skrótu myślowego. Wyczucie, które przychodzi z czasem, pozwala dostrzec nieszczerość, będącą odpowiednikiem fałszywej nuty w trakcie pięknego koncertu pianistycznego lub kompletnego fałszowania na studenckim karaoke.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.